Nie spodziewałam się,
że szybko znajdę wyjście z krypty, jeśli takowe w ogóle istniało. Po dokładnych
oględzinach dolnego poziomu nie zauważyłam nawet schodów, umożliwiających
przedostanie się na wyższe piętra. Pozostała mi tylko wspinaczka, która nie
była ani komfortowa, ani łatwa, zważywszy na to, że miałam na sobie jeansy i
skórzaną kurtkę.
Gdy dotarłam do
pierwszej kondygnacji, spostrzegłam, że nie panuje tu taki bałagan, jak na
dole. Półka była wąska, a sufit prawie dotykał czubka mojej głowy. Na ścianach
były zawieszone pochodnie, które nie dawały ani światła, ani ciepła, wręcz
przeciwnie. Sprawiały wrażenie jakby zabierały jasność z krypty, mimo że
intensywnie płonęły. Na środku każdej ze ścian znajdowały się kraty, za którymi
występował mrok. Postanowiłam nie sprawdzać, co tkwi w środku, ponieważ
pamiętałam słowa Mrocznego. Trzymał tam magię, której nawet on sam się bał,
więc rozsądnie by było, gdybym ja też trzymała się od niej z daleka.
Penetrowałam każde
piętro w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc. Nie byłam do końca
pewna, na co mam zwracać uwagę, lecz na ostatniej półce zobaczyłam coś, co
sprawiło, że moja nadzieja powróciła. Przede mną stały masywne drewniane drzwi.
Wątpiłam, żeby było to wyjście z krypty, lecz nagle poczułam dziwną potrzebę,
żeby je otworzyć. Pragnienie to było tak silne, że chwyciłam za klamkę i mocno
szarpnęłam. Widok okazał się być bardziej przerażający niż ciemność za kratami.
Za drzwiami znajdował
się dziecięcy pokój. Na środku ustawione było piękne, obite niebieską skóra
łóżeczko, nad którym zawieszone były kryształowe jednorożce, odbijające nawet
najmniejsze promienie świetlne, rzucając tęczowe cienie na ściany. Ozdobny,
kolorowy dywan pokrywał większość podłogi, a na nim porozrzucane były
różnorakie pluszowe zabawki. Wyjście na balkon zdobiły barwne witraże, a
sklepienie, podtrzymywane przez kolumny, przypominało letnie niebo. W lewym
kącie komnaty znajdowała się magiczna szafa, która nadal promieniowała mocą. Nagle
przypomniałam sobie, że znam ten pokój. Ostatni raz gdy go widziałam był
zniszczony, zawalony gruzami zamku i w niczym nie przypominał tego, na co teraz
spoglądałam. Teraz był jasny. Za jasny. Zdawało mi się, że im dłużej będę na
niego patrzeć, tym większą dziurę pozostawi w moim sercu. To pomieszczenie
przypominało mi o wszystkim, czego nie doświadczyłam. W tamtym życiu byłabym
księżniczką. Z rodzicami, którzy nigdy by mnie nie opuścili.
Nagle usłyszałam śmiech
dziecka i wydawało mi się, że coś poruszyło się w kołysce. Chciałam do niej
podejść, lecz z sufitu zaczęła wypełzać strużka czarnego jak smoła dymu.
Przyglądałam jej się przez chwilę. Wołała mnie. Chciała, żebym podeszła. Żebym
jej dotknęła. Zrobiłam jeden krok naprzód, ale coś mnie oślepiło. Światło
wpadające do pokoju przez otwarte drzwi balkonowe odbiło się od jednego z
jednorożców i trafiło mnie w oko. Odwróciłam wzrok od kryształu i zmrużyłam
oczy. Gdy znów spojrzałam na ciemną mgłę, ogarnęła mnie nienawiść. Do moich
uszu znów doszedł śmiech, tym razem dorosłych osób. Zaczęłam się cofać, a dym
przesuwał się szybciej w moją stronę. Szybko zatrząsnęłam drzwi i oparłam się o
nie. Uczucie nienawiści zaczęło słabnąć, lecz zdałam sobie sprawę, że wcale nie
było ono skierowane do niewyjaśnionej ciemności. Ono dotyczyło moich rodziców.
Przed kilkoma
godzinami nie mogłam się doczekać spotkania z nimi, ale teraz wcale za nimi nie
tęskniłam. W mojej głowie znowu pojawiły się pytania. Czy mogę im zaufać, że
mnie tym razem nie porzucą? Ludzie zostawiali mnie przez całe moje życie. Neal,
Mary Margaret, David… Co sprawi, że tym razem będzie inaczej? Mimo że nienawiść
już mnie opuściła, pytania zostały, kłębiąc się w moim umyśle. Po chwili
przyszły też odpowiedzi. Nie będzie inaczej, znów mnie porzucą. Zostawią
zupełnie samą. Ale tym razem będę miała Henry’ego. Wyjadę z nim do Nowego Jorku
i tym razem naprawdę zaczniemy od nowa. Tym razem nikt mnie nie porzuci, ja
porzucę ich.
Lecz nadal muszę dostać
się do Golda, więc zostawiłam te myśli i skupiłam się na swoim zadaniu. Teraz moją
jedyną szansą na wydostanie się z krypty była moja magia. Magia zawsze ma swoją
cenę, ale musiałam zaryzykować.
Skupiłam się i
zamknęłam oczy. Poczułam moc budzącą się w moim ciele, lecz była za słaba, żeby
się wydostać. Zmarszczyłam czoło, zacisnęłam pięści i przypomniałam sobie,
czego nauczyła mnie Regina. Instynkt lub silne emocje pomogą. Mój instynkt był
w tej sytuacji za słaby, zostały uczucia. Skupiłam się na złości, którą przed
chwilą czułam i w końcu to uczucie wypełniło mnie całą. Przeszłość zawsze
będzie mnie prześladować, ale daje mi również siłę. Mimowolnie jeszcze jedna
łza stoczyła się po moim policzku, zanim zorientowałam się, że moje otoczenie
się zmieniło. Znajdowałam się w gęstym lesie. Korony wysokich drzew
przysłaniały niebo, ale wiedziałam, że jest jeszcze dzień. Słyszałam głosy
rozmów dobiegające z nieopodal.
Zakręciło mi się w
głowie i musiałam usiąść. Zdałam sobie sprawę, że od wielu godzin nie miałam
nic w ustach, a na dodatek transportowanie się jest bardziej wykańczające niż
rozpalenie ogniska czy odbudowanie mostu. Oparłam głowę na zimnej korze i
szybko stworzyłam plan działania. Musiałam znowu ukraść ubrania oraz trochę
jedzenia i może jakąś broń, na wypadek gdyby komuś przyszło do głowy mnie
atakować. Oddychałam głęboko, skupiając się na wyrównaniu pulsu, żeby po chwili
wstać bez zawrotów głowy. Następnie skierowałam się w stronę, z której
dobiegały dźwięki, świadczące o obecności ludzi.
•••
Tym razem udało mi
się zdobyć wygodniejszą suknię. Miała podobny krój do poprzedniej, lecz
sznurowany gorset nie zaciskał się tak mocno na moich żebrach, a spódnica była jakby
lżejsza, mimo że nadal zajmowała dużo miejsca. Oprócz białych koronek, które
zwieńczały średniej długości rękawy, cały strój był zrobiony z ciemnobordowego
materiału, który kontrastował z moimi blond włosami. Całość dopełniała ciemnobrązowa
peleryna z kapturem. Próbowałam również znaleźć jakiś miecz lub chociaż
sztylet, na pistolet nie miałam co liczyć, lecz nic takiego nie leżało pośrodku
wioski, czekając aż je zauważę. Kradnąc ubrania podsłuchałam rozmowę dwóch
kobiet o targu przy porcie. Tam postanowiłam spróbować swojego szczęścia w
znalezieniu broni oraz jedzenia. Wodę podkradłam z jednego z wiader,
wyciągniętych ze studni. Nie smakowała jak ta butelkowana i była mętna, ale
miałam nadzieję, że się nią nie zatruję.
Droga nie była długa,
lecz ścieżką, którą szłam, przechodziło wiele osób, więc często musiałam
ukrywać się pośród drzew. Samotna kobieta wędrująca pośrodku lasu nie mogła
czuć się bezpiecznie, szczególnie jeśli nie mogła być przez kogokolwiek
zauważona. Gdy w końcu dotarłam do celu, schowałam wszystkie włosy, tak by nie
było ich widać. Ich kolor był dość wyrazisty, a ja nie chciałam zwracać na
siebie większej uwagi. Nikt nie mógł mnie ujrzeć, dopóki nie zniekształcało
mnie żadne zaklęcie. Na szczęście niedługo nie będę już musiała się tym przejmować,
gdy Gold pomoże mi wrócić do teraźniejszości. Trzymając się tej myśli, stanęłam
na skraju lasu i przyjrzałam się targowisku.
Mimo że, jak się
okazało, słońce chyliło się już ku zachodowi, nadal przebywało tu dużo ludzi. W
powietrzu unosił się zapach ryb, a w oddali zobaczyłam kilka prowizorycznych
łódek. Stragan nie zajmował wiele miejsca, więc gdy zaczęłam przeciskać się w
tłumie, ledwie mogłam oddychać, częściowo utrudniał to mój ubiór. Gdy odnalazłam
stanowisko z owocami, które były jeszcze zdatne do zjedzenia, zakręciłam się
wokół niego i niepostrzeżenie schowałam kilka owoców do kieszeni zrobionej z
mojej skórzanej kurtki, która zawiązałam w talii tak, by nie było jej widać.
Szczęśliwie jej kolor częściowo pokrywał się z kolorem sukni, więc nie było to
trudne, tak samo jak kradzież. Miałam dobrych nauczycieli. Poza tym moje
zadanie było na dodatek ułatwione, bo w Zaczarowanym Lesie nie było kamer ani
ochrony, a straganiarze musieli radzić sobie sami.
Napchałam moją kieszeń do pełna i powoli
wycofałam się z centrum zgiełku. Idąc, zaczęłam rozglądać się za bronią, nadal
zwieszając głowę jak najniżej się dało.
▲▲▲
-Smee! Smee!
–krzyknąłem, mrużąc oczy, gdy wychodziłem na pokład Jolly Rogera.
-Tak, kapitanie?
–zapytał przysadzisty mężczyzna, zdejmując swoją idiotyczną czerwoną czapkę i
ukazując łysiejącą głowę.
-Powiedz mi, czemu
twój kapitan obudził się, mimo że słońce dopiero zaczyna zachodzić?
-Ja… Ja nie wiem,
kapitanie –odpowiedział Smee i zaczął nerwowo bawić się nakryciem głowy,
spuszczając wzrok.
-Ponieważ byłeś na
tyle głupi, żeby kazać tym szczurom walić miotłami w pokład! I patrz się na
mnie, kiedy do ciebie mówię –trzepnąłem go po głowie i przeszedłem na dziób
statku. Mężczyzna podążył za mną i przystanął z tyłu.
-Czy wszystko już
gotowe do wypłynięcia? –spytałem, wpatrując się w ocean, którego leniwe fale
kołysały lekko statkiem.
-Prawie, kapitanie.
Mamy pewne braki w żywności i właśnie mieliśmy je uzupełnić na targu…
-odwróciłem się do niego i podniosłem lewą brew.
-Czyżbyś zamierzał
pójść na targ, gdy jest tam najwięcej ludzi, Smee? –szczerze wątpiłem w
zdolność trzeźwego myślenia mojego kompana. Nigdy nie był bystry, ale wydawało
mi się, że z wiekiem tylko głupieje.
-Hm… Tak? –mężczyzna
szykował się na kolejne uderzenie, ale ja zamiast tego odwróciłem się do
załogi, która najwyraźniej postanowiła nie witać swojego kapitana, żeby nie
przerywać sobie gry w karty. Zadziwiające jak szybko skończyli sprzątać pokład
i przeszli do rozrywek.
-Hej, szczury lądowe!
Ci, którzy nie mają nic lepszego do roboty, dla wyjaśnienia dotyczy to was
wszystkich, idą na targowisko. Będziecie prażyć się w słońcu, dopóki nie
zniknie ostatni kupujący i weźmiecie tyle jedzenia, ile zdołacie tu przytargać
–usłyszałem pomruki niezadowolenia i postanowiłem od razu przypomnieć, kto
wydaje rozkazy, a kto musi się ich słuchać.- Jeszcze jeden sprzeciw, a zostawię
was na lądzie i dopilnuję, żeby zajęła się wami królewska straż.
Załoga zadrżała w
przestrachu i szybko zaczęła zmierzać ku wyjściu ze statku. Nikt nie chciał
ryzykować spędzenia swoich ostatnich dni w lochach królowej. Dopilnowałem, żeby
żaden majtek nie został na pokładzie i zostawiłem Smee na straży.
Gdy schodziłem na
ląd, poczułem mrowienie w miejscu, gdzie kończyła się moja lewa ręka.
Podniosłem ją i przyjrzałem się hakowi. Nagle zobaczyłem w nim odbicie blond
włosów wyłaniających się zza brązowego kaptura. Odwróciłem się, lecz ujrzałem tylko
pusty pokład. Pewnie coś mi się przewidziało, co często mi się zdarza po nocy
wypełnionej alkoholem, lecz znałem na to doskonałe lekarstwo.
•••
Najlepszym sposobem
na rum jest więcej rumu, więc skierowałem się do tawerny „Czarne fale”, w
której spędziłem kilka ostatnich wieczorów. Dla pirata nigdy nie jest za
wcześnie na picie. Jednak nim zdążyłem dotrzeć do celu, coś przykuło mój wzrok.
Przez środek tłumu przeciskała się sylwetka w pelerynie, z której wystawały
złociste włosy. Dokładnie to samo odbicie zobaczyłem w haku i jednocześnie
uświadomiłem sobie, że znam tę osobę.
Powróciło do mnie
wspomnienie kobiety, z którą spędziłem niedawno noc. Niezwykle mgliste
wspomnienie, ponieważ rum zbytnio uderzył mi do głowy. Rano nie zastałem jej
przy moim boku, tylko obudziłem się z bolącą szczęką na podłodze mojej kajuty.
Szukałem jej, lecz nie przebywała w żadnym z barów, które nierzadko
odwiedzałem, więc zająłem moim hobby. Rumem. Inne kobiety jakoś przestały mnie
interesować. Teraz, gdy nadarzyła się okazja ponownego spotkania z nieznajomą,
postanowiłem ją wykorzystać.
Kobieta wycofywała
się na skraj bazaru, więc przyśpieszyłem i okrążyłem go w nadziei, że dotrę tam
przed nią. Była tak skupiona na swoich krokach, że nawet mnie nie zauważyła.
Nadal się cofała, gdy nagle wpadła na mnie. Zaskoczona odwróciła się i
podniosła głowę. Szeroko otworzyła swoje przerażone zielone oczy. Mój zabójczy
wygląd musiał zaprzeć jej dech w piersiach, ale z całą pewnością to była ta
sama blond piękność, która już raz mnie uwiodła.
-Ahoj, piękna.
Tęskniłaś? –zapytałem, podnosząc jeden kącik ust do góry. Gdy pierwsza fala
szoku minęła, dziewczyna spuściła nisko głowę i ledwo słyszalnym głosem
odpowiedziała:
-Wątpię, żebyśmy się
znali –zaczęła się oddalać, lecz chwyciłem ją w talii i przyciągnąłem do
siebie, równocześnie zmuszając ją tym do ponownego spojrzenia na mnie.
Próbowała się wyrywać, ale byłem od niej silniejszy.
-Aye, spotkaliśmy się
już i wyraz twojej twarzy podpowiada mi, że doskonale to pamiętasz. W
przeciwieństwie do mnie… -Przez chwilę szukała wyjścia z sytuacji, lecz potem
wyraz jej twarzy się zmienił. Zamiast stawiać opór, przybliżyła się do mnie.
Uśmiechnęła się z przekąsem i wspięła na palce tak, że byliśmy sobie równi. Jej
oczy zabłysły, gdy zbliżała swoją twarz do mojej. Jej uśmiech był jeszcze
większy, gdy wyszeptała prosto w moje usta:
-Wybacz, ale nie
zadaję się z piratami. –Z ogromną siłą uderzyła mnie czymś twardym i nadepnęła
mi na nogę niezwykle twardym obcasem, tak że rozległo się chrupnięcie. Puściłem
ją i chwyciłem moja stopę, podczas gdy ona uciekła do lasu.
Opuściłem ze złością
nogę i od razu tego pożałowałem. Ból tylko się nasilił.
Najprawdopodobniej miałem
złamaną jakąś kość, a moja duma z całą pewnością ucierpiała. Przybrałem typową
dla Piotrusia Pana postawę i zorientowałem się, że mój miecz nie znajdował się
już u mego boku. Ta kobieta, musiała go zabrać! Uderzenie mnie to jedno, ale
okradanie mnie… Tego nie mogłem zlekceważyć. Ruszyłem w stronę lasu za hardą
pięknością, która stanowiła dla mnie wielką tajemnicę. Zawsze pociągały mnie
takie kobiety. Czułem, że zapowiada się z nią świetna zabawa.
•••
Gdy już ją dogoniłem,
postanowiłem nie wyłaniać się z mojej kryjówki, którą stanowiły krzewy. Kobieta
zdjęła już kaptur, a fale blond włosów gładko układały się na jej plecach. Szła
szybko, przemierzając leśnie poszycie, a ja z obolałą stopą ledwo mogłem za nią
nadążyć. Wyraźnie wiedziała dokąd zmierza, ale była czymś zdenerwowana,
ponieważ co jakiś czas kopała kamienie, które wpadały jej pod nogi. Czułem się
dziwnie obserwując ją. Na początku byłem na nią wściekły, teraz zaczęła mnie
interesować. Zdecydowanie miała w sobie coś niesamowitego.
W pewnym momencie
zaczęła mówić sama do siebie. Jedno słowo wypowiedziała głośniej, a brzmiało
ono: Rumpelstiltskin. Nie miałem czasu, by zastanowić się, po co miałaby wzywać
Mrocznego, bo z chmury czarnego dymu wyłonił się właśnie on.
Wściekłość i euforia
ogarnęły mój umysł. Zanim zdążyłem pomyśleć, wybiegłem z krzaków z wyciągniętym
przed siebie hakiem, ponieważ mój miecz był w posiadaniu kobiety, która stała
obok. Miałem zamiar zatopić go głęboko w piersi Krokodyla, lecz zanim to
zrobiłem, mój wróg podniósł mnie w powietrzu i zaczął dusić za pomocą czarów.
Próbowałem się wyrywać, ale byłem jak sparaliżowany. Mogłem wcześniej
przypomnieć sobie, że zawsze będzie miał nade mną przewagę z powodu swojej
czarnej magii. Spojrzałem na piękność, za którą podążałem i patrzyłem jak jej
twarz wypełnia przerażenie.
-NIE! PRZESTAŃ!
–krzyknęła. Podbiegła do czarnoksiężnika i próbowała skupić jego uwagę na
sobie, podczas gdy ja zaczynałem walczyć o powietrze –Posłuchaj mnie!
-A czemu niby miałbym
cię posłuchać? –zapytał Mroczny, odwracając wzrok ode mnie i skupiając go na
blondynce.
-Bo jeśli tego nie
zrobisz, już nigdy nie zobaczysz swojego syna. – W oczach mężczyzny zapłonęła
złość, lecz również zaciekawienie. Może jeszcze miałem szansę na przeżycie.
-Wszystko ci
wytłumaczę, tylko go puść!
Krokodyl bardzo długą
jak dla mnie chwilę zastanawiał się, lecz w końcu opuścił rękę i ciężko upadłem
na ziemię, próbując złapać oddech. Gdy moje płuca próbowały znów napełnić się
powietrzem, usłyszałem jakiś ruch koło mnie. Gdy podniosłem głowę zobaczyłam
stojącą nade mną blond piękność. Ostatnie, co pamiętam, to jej pięść uderzająca
mnie w lewą stronę głowy.
∞∞∞
••• - większy odstęp czasowy
▲▲▲ - zmiana narratora
∞∞∞ - koniec rozdziału